III Dogtrekking w Czarnorzekach-nasz pierwszy raz

Poza szkoleniem własnych psów oraz uczeniem ich rożnych sztuczek zawsze chciałam uprawiać jakiś sport z którymkolwiek z nich. Megi jest słabym biegaczem. Nie ma parcia do przodu, nie lubi biegania. Ona woli wąchać i szukać. Jest nastawiona na szaleństwo z frisbee i naukę nowych sztuczek. Abi jest jeszcze maluchem, choć już widzę, że raczej w ślady mamy nie pójdzie, bo nie kręci jej wąchanie krzaków obsikanych przez inne psy. Na razie kręci ją tylko zabawa. Co innego Zuza. Zuza wykluczona została przeze mnie z hodowli. Jej wady fizyczne nie pozwalają mi z czystym sumieniem na to aby dalej powielać jej geny i puszczać w świat. Nie jest to dla mnie jednak problemem, bo Zuza całym sercem oddaje się ze mną sportom wszelakim. Kocha pływać, kocha biegać. Nigdy nie biegam z nią więcej niż 6 km z powodu jej brachycefalicznej budowy pyska, ale ona naprawdę ma parcie do przodu jak prawdziwy Eurodog. Nie interesują jej „znaki” zostawione przez inne psy. Nie interesuje ją zabawa z frisbee czy ganianie za przedmiotami. Ją interesuje ciągnięcie w szelkach i pęd wiatru w małżowinach usznych oraz cel którego nigdy nie zna. Byle do przodu. Ponieważ ciągle pracujemy nad swoją formą przyszedł czas aby się sprawdzić. Wybrałyśmy się więc na nasz pierwszy wspólny dogtrekking.
Do wyboru były trzy trasy. 5, 15 oraz 25 km. Ja wybrałam dla nas zacny dystans 15 km. Co tam, przecież ma być miłe z pożytecznym. Wybrałyśmy się więc na pierwsze zawody. III Dogtrekking w Czarnorzekach. Bez tłumu, bez spinki. Trzeba mierzyć siły na zamiary. I … wcale tak łatwo nie było

Same zawody zaczęły się o 9:15 czyli ponad godzinę od oficjalnego rozpoczęcia całej imprezy. Bajka myślałam. Jeśli biegamy sobie leśnymi ścieżkami po 6 km truchtem i jest luz to 15 km piechotką nie zrobią na nas wrażenia. Cóż – nic bardziej mylnego. Początek piękny. Myślę sobie podczas truchtu, że już 3 km za nami i nadal nie jest źle. Trochę błotka nikomu nie zaszkodzi. Zuza darła do przodu tak, że na co bardziej śliskich od błota odcinkach musiałam ją powstrzymywać od wciągnięcia mnie w jeszcze większe błotko. Ale po 6 km zmieniłam zdanie kiedy przed nami znalazła się niczego sobie górka o długości podejścia ze 4 kilometry. „Ale hard-core” – myślę sobie. Uda i pośladki paliły pod górkę, kolana wysiadały z górki. Teren niesamowicie zróżnicowany. Piękna słoneczna łąka, przeplatana gęstym lasem z licznymi strumykami. Przyroda na wyciągnięcie dłoni. To wpadłyśmy w błotko, to dostałam w twarz gałęzią, bo nie zdążyłam wyhamować z górki. Okoliczności przyrody cudne. Dzień wcześniej przeszła burza, która dodatkowo pięknie przygotowała grunt do biegów czyniąc go wsysającą buty pułapką. Nie tylko mnie udało się wpaść w błotko, bo Zuza kilka razy nabrała się na równo wyglądające mokre podłoże, w które jednak wpadał po sam brzuch i ani rusz dalej no i trzeba było ją odessać z gruntu. Ona miała fajnie. Otrzepała co większe kawałki błotka z siebie i dalej w kłus. Ze mną już gorzej było bo okazało się, że całkiem nowe buty do trekkingu które na starcie ważyły po około 300 gram każdy, nagle zachwyciły się okolicznościami przyrody i wchłonęły jej ponad 1,5 kg każdy. Nie wiem czy nogi bardziej bolały mnie ze zmęczenia „materiału” czy od dźwigania tego dodatkowego balastu. Kilka razy oczywiście udało mi się zaliczyć kontakt pośladków z podłożem oraz upaść na kolana z zachwytu nad pięknem otaczającej mnie przyrody, ale czego to się nie robi dla poczucia wolności i szczęścia.

Liczne podbiegi pod górę, które trwały w nieskończoność oraz zbieganie w dół niemal jak zjazd po ślizgawce dały nam mocno popalić. Cudnie, myślałam biegnąc. Czysta radość. Las niemal dziki. Ścieżki zaznaczone zawieszonymi na nich taśmami z logiem jednego ze sponsorów i naprawdę nie wydeptane na sztywno, a raczej częściowo rozjechane aby w ogóle dały się rozpoznać jako ścieżki. Reszta wokół to dzicz. Raz na jakiś czas dochodził mnie smrodek padliny, albo niechcący połknęłam komara, który nieco bardziej leniwie się ode mnie poruszał i zwyczajnie nie zdążył. Cóż na trasie każdy posiłek się liczy i wzmacnia 😉

To dopiero nasza pierwsza taka impreza z Zuzą więc nie mam czego jeszcze ze sobą porównywać, jednak uważam ją za bardzo udaną. Oznakowanie trasy, przygotowanie trasy, info jak najbardziej czytelne. Przyjazna atmosfera posiłek na mecie [nawet coś dla wegetarian], woda nie tylko w psich miskach ale i w butelkach dla ludzi. Co prawda nie mam zielonego pojęcia jakie miejsce zajęłyśmy. Tego nie wiedzieli nawet organizatorzy kiedy dobiegłam na metę, ale tym razem nie tyle na wyniku i czasie mi zależało, ile na tym aby zapoznać się z przygodą zwaną DOGTREKKING. Podziękować za Endomondo, które skrupulatnie odmierzyło przebyty dystans, czas oraz co ważniejsze – spalone kalorie ;). Cieszy mnie bardzo, że coraz bardziej popularne w tym kraju stają się sporty z udziałem psów w okolicznościach przyrody.

Widać było, że wszyscy odpoczywają jednocześnie pocąc się w biegu. Uśmiechy nie schodziły z twarzy mijanych osób. Widać było, że ludzi to wciąga. Całe rodziny też miały możliwość uczestniczenia w tym „starciu”. Takie podejście z odrobiną rywalizacji, gdzie każdy jednak traktuje to jako czas, który można spędzić ze swoim psem towarzyszyło całej tej imprezie. 

Dla mnie satysfakcja i duma. Chyba tylko tak mogę określić moje samopoczucie jakie mi towarzyszyło na mecie. Zmęczenie ale też radość, że jednak nie jest to sport tylko dla wymiataczy. Wystarczy zacząć,a można się wciągnąć. Mnie zassało bez reszty. Teraz z pewnością będę więcej pracować nad wytrzymałością i formą, bo mam zamiar dogtrekkingować więcej.

Super czas spędzony wspólnie z psem w całkowitej niemal ciszy. Jeśli tylko lubi się aktywny wypoczynek tez z pewnością takim jest. Zuza też wydawał się zachwycona, ale też była dla mnie podczas całej drogi wsparciem. Nie – nie takim ciągnącym do przodu dzięki któremu nogom lżej, ale ilekroć lądowałam w błocie podbiegała sprawdzić czy wszystko ok. Kiedy to jej zdarzyło się wpaść „po uszy” oglądała się za mną w spokoju oczekując na pomoc. Takie momenty budują więź. Informują mnie nie tylko o mnie samej i moich możliwościach, ale także o tym czego oczekuje mój pies i na co mogę u niego liczyć. Pod tym względem na Zuzę z pewnością mogę liczyć. Choć niektórzy z niedowierzaniem na nas zerkali, kiedy po drodze zaprzeczałam, że idziemy na 5 km i mamy zamiar zrobić 15. „Taki mały piesek?”-padały pytania. Tak – taki mały. Mały ciałem ale wielki atleta, który chce być ze swoim człowiekiem i czuć się potrzebny chociażby nawet podczas spaceru jak ten.

Polecam ten rodzaj „relaksacji” ;).

Fotograficzny skrót wydarzenia znajdziesz pod linkiem

III Dogtrekking w Czarnorzekach 29.07.2017.

2 thoughts on “III Dogtrekking w Czarnorzekach-nasz pierwszy raz

    1. też mamy z Zuzą taką nadzieję. im nas więcej tym raźniej i większa motywacja. polecam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *