Witaj przygodo

Powoli nieuchronnie zbliża się czas, że będę musiała moje maluchy wypuścić w świat. Staram się każdą wolną chwilę spędzać w ich towarzystwie, albo raczej one w moim, bo są wszędobylskie, a mój dom dla nich niczym nie ograniczony. Właściwie umierałam ze strachu o nie zanim jeszcze Megi-mama była w ciąży. Zamartwiałam się jak to będzie. Najpierw czy dobrze określę termin krycia aby nie działać po omacku.  Czy dojadę na czas do Niemiec bez przygód. Czy dogadam się w Niemczech z właścicielami ojca przyszłych maluchów. Czy Migotka zaakceptuje psa i czy zechcą….. mieć razem dzieci. Poszło. Instynkt zadziałał, auto po drodze nie padło. Z właścicielami Richiego dogadałam się wspaniale, a oni sami okazali się życzliwymi i kochanymi osobami.

Potem ciąża. Czekanie na potwierdzenie, bo przecież prawie do połowy ciąży nic nie widać, a w zachowaniu Migotki niewiele się zmieniło. Potem jest-ciąża mnoga, wszystko w porządku. Ufffff…kolejny krok za nami. Teraz stres jak to będzie. Cesarka czy normalka. Rasa wielkogłowa różnie może być. Może da radę? Może nie kroić mojego biedactwa. I wreszcie czy będę w domu w tym ważnym dniu? Mierzenie temperatury, pilna obserwacja.  I wreszcie TEN DZIEŃ. Są, udało się. Nie bez komplikacji, ale wszyscy zdrowi i cali. Jeszcze tylko Megi brakuje, bo szyją ją na stole po ciężkim porodzie zakończonym mimo wszystko cesarką. Jeszcze tylko chwila niepewności czy pokocha swoje maluchy i zechce się nimi zaopiekować. Udało się! UDAŁO SIĘ ! Są maluchy planowane niemal od roku. Zdrowe, mama karmi i pielęgnuje. Najcięższy dzień za nami. Wreszcie można odpocząć. Maluchy śpią, mama śpi. Ja padam i mówię sobie – nigdy więcej, ten stres, to martwienie się, Megi po operacji, szwy, rany po to aby ktoś mógł cieszyć się kolejnym pokoleniem. Przecież tyle psów w schroniskach potrzebuje domów. a ja kosztem mojej suczki powołuję do życia następne. Tak-ja jako hodowca mam takie dylematy.

Migotka okazała się wspaniałą matką, ale mnie stres… wcale nie minął. Wieczorna jazda z pokoju dziennego do sypialni na noc w legowisku własnej produkcji [całe szczęście, że zrobiłam je na kółkach]. Rano jazda z powrotem. W nocy pobudka za każdym razem gdy tylko słyszę kwilenie w obawie czy Migotka kogoś czasem nie przygniotła. Nie-uff, całe szczęście to tylko zimno, włączam kocyk elektryczny na minimum grzania i mogę spać dalej. A…nie-jeszcze tylko muszę wyjść z Megi, bo mleczarnia na wysokich obrotach chodzi, pić się chce to i sikać trzeba częściej, no i oczyszcza się macica.

Maluchy rosną jak na drożdżach. Przez pierwsze dwa tygodnie właściwie tylko ważenie. Megi karmi, Megi sprząta. Obowiązków jeszcze jako takich wielkich nie ma, ale już trzeba zacząć planować. Imiona, wyprawki, szczepienia, info na temat żywienia szczeniąt. Dylematy BARF czy sucha karma, bo przecież przyszli właściciele mogą mieć różne tryby życia i trzeba malucha przystosować do nich w przyszłości. Aż pewnego dnia otwierają się oczy, potem uszy i od tego czasu już nic nie jest takie samo.

Z osoby, która ledwo zwleka się z łóżka o godzinie 6:20 żeby iść do pracy na 7:30 stałam się człowiekiem, który wstaje chętnie o 5:15, robi sobie kawkę i zasiada na dywanie żeby nacieszyć się tymi małymi chwilami z aksamitnymi szczeniętami.

Zajęcia są wszelakie. Jeśli mam wypuścić moje maleństwa w świat pełen niebezpieczeństw to muszę przecież pokazać im z czym przyjdzie się im zderzyć. Socjalizację i przyzwyczajanie szczeniąt do świata przyjęłam sobie za priorytet. Nie wszystko uda mi się zrobić. Choćby chodzenie po schodach. Jednak staram się jak mogę przerobić co tylko mogę. Suszarka do włosów, której używam niezwykle rzadko, kot – którego nie każdy w domu ma (a nawet dwa koty). Dokuczliwa ciotka Zuza, która jednak do zabawy jest najlepszym towarzystwem. Wreszcie deszcz, to nie zawsze jest coś z czym szczenięta mogą się zetknąć zanim opuszczą hodowcę. Uruchomiłam więc spryskiwacz do kwiatków, odkurzacz, przeżyliśmy wszyscy niejedną wiosenną burzę leżąc razem na podłodze i patrząc przez okno na balkonie. Grzmoty, błyskawice, zasypiamy wszyscy na podłodze. Oznaka poczucia bezpieczeństwa i spokoju. Udało się. Jeden krok więcej za nami. Zdobyłam nawet starą, zniszczoną piaskownicę, z której na moim balkonie powstał mini basen. Wody też nie ma się co bać. Z resztą nie tylko wszystko takie piękne jest i fajne. Obroże irytują, obcinanie paznokci do przyjemnych nie należy, ale i do tego maluchy muszę przyzwyczajać. Wszystko dla nich i z nimi. Cieszą mnie te chwile niesamowicie mimo myśli z tyłu głowy przypominającej mi, że niewiele nam wspólnego czasu już zostało. Oby tylko przyszli właściciele okazali się godni tych wszystkich zabiegów i moich maluchów. Jedne zmartwienia odeszły, inne przychodzą. Szczepienia za nami, chipowanie, przeglądy cała ta papierkowa robota. Teraz tylko ostatnie dni razem niezmącone załatwianiem spraw zabierających nam wspólny czas.

Telefony, mnóstwo telefonów z pytaniami. „Jezu – jak można takie pytanie głupie zadać? Absolutnie ten człowiek się nie nadaje. Kolejny odpada, to nie jest odpowiedni powód aby mieć bostona” – i takie myśli towarzyszą mi przy większości rozmów telefonicznych. Ręce mi opadają, a zmartwień przybywa. I tak kilka rozmów z kolei. Wreszcie jest – zdarza się że dzwoni TEN WŁAŚCIWY ZAINTERESOWANY. Kontakt świetny, znajomość rasy- „nie miałam nigdy bostona, ale rozmawiałam z  hodowcą – pada imię i nazwisko- i ona mi powiedziała…”-mówi głos w słuchawce. Myślę -„jest, jeśli zna hodowcę, który jest przeze mnie osobą cenioną za podejście do rasy i światka wystaw, z którym się liczę i obserwuję, bo widzę, że wartościowe egzemplarze dobiera, a kasa jest na ostatnim miejscu, brawo – zainteresowany trafił w 10, wiem, że to odpowiednia osoba”. To nie jedyny czynnik, ale przynajmniej znam stopień zainteresowania tematem. Rozmawia z sensem, wie czego chce, kasa schodzi na dalszy plan. Jest tylko rozmowa o psie, o rasie. Pytania o charakter, o potrzeby – to jest to. Za kilka dni kolejny telefon od niego i dalsze pytania. I już łzy mi napływają same do oczu. Patrzę sobie tak podczas tej rozmowy na malucha o którym mowa i nagle uświadamiam sobie, że właśnie znalazł dom-NOWY DOM. Dom po tym jak odejdzie z mojego domu, jak mnie opuści. Patrzę na tę radość bawiącą się z rodzeństwem i wiem, że zegar przyśpiesza. Czas staje się względny i już czuję tę pustkę. Niech mi ktoś powie, że  hodowca to tylko patrzy żeby sprzedać i zarobić. Zatłukę.

Tworzę grzechotki z ciecierzycy wrzuconej do plastikowej butelki. Szarpaki z polarów na których leżą maluchy.  Ściągam z neta dźwięki burzy i szalonych motocyklistów oraz klaksonu i pisków hamujących samochodów. Wszystko aby w przyszłości nie było paniki i lęków.

Zadanie hodowcy nigdy się nie nudzi, nigdy się nie koczy. Ciągle jest coś nowego do pokazania, nowa przygoda do przeżycia. Do tego należy wszystko stosować z wyczuciem, bez nadmiernej eksploatacji, nigdy do granic wytrzymałości maluchów. W końcu mają poznać, a nie wystraszyć się. Angażuję obce dzieci w innym niż moje wieku. Daję głaskać maluchy obcym, którzy mnie odwiedzają. Stawiam na różnych powierzchniach. Wieje na nich powietrzem z suszarki. Zabieram do lasu i nad jeziorko. Moje maluchy muszą być odważne.

Jednak wszystko to ma swoje konsekwencje. Wszyscy się przywiązują do siebie. Ja do nich, a one do mnie. Poprzez taki bezpośredni kontakt, wspólny czas. Nauka wspólna, zabawy wspólne. Branie na ręce, dotyk, lizanie, gryzienie, zaczepki. Wszystko nas do siebie zbliża. Ciężko będzie się rozstać.

Dla mnie powoli kończy się ten wspaniały czas, wypełniony radościami i śmiechem. Zamieszaniem i dbaniem o bezpieczeństwo. Ten czas uczy wszystkich życia. Kończy się mój wkład w naukę świata i pokazywanie wszystkiego co ważne. Dla nich przygoda dopiero się zaczyna. Będą poznawać dalej nowe miejsca, nowych ludzi. Żyć życiem szczęśliwym w poczuciu bycia kochanym. Mam wielką nadzieję na to i pokładam ją w przyszłych właścicielach. Będę się bacznie przyglądać im z boku. Im i ich [moim] maluchom. Nigdy przenigdy o nich nie zapomnę. Na zawsze zapamiętam ich imiona, ich charaktery, ich potyczki, lęki, przygody i reakcje na poznawane rzeczy. Wiem, które z nich było najmniejsze po urodzeniu, które się najbardziej tuliło, a które nie lubi noszenia na rękach. Tego nie da się zapomnieć.

TERAZ APEL DO CIEBIE PRZYSZŁY WŁAŚCICIELU MOICH SZCZENIĄT. Wiedz, że ZOSTAŁEŚ WYBRANY Z WIELU. Wiedz, że TOBIE ZAUFAŁAM i wiedz, że JESTEM GOTOWA ODEBRAĆ CI MOJE MALEŃSTWO w każdej chwili, gdy dowiem się, że dzieje się mu krzywda albo że już go nie chcesz. Nie nabywasz rzeczy, nabywasz  ŻYCIE, któremu poświęciłam ostatnie 11 tygodni mojego życia i czasu, a przedtem kilka miesięcy na poszukiwanie wartościowego ojca dla niego. Bierzesz szczeniaka, dla którego poświeciła się matka, a moja suczka. Wiedz też, że MOŻESZ NA MNIE LICZYĆ 24/7. Odpowiem na każde twoje pytanie, pomogę, pocieszę, rozwieję wątpliwości. Zaopiekuję się jeśli będziesz musiał gdzieś wyjechać i nie będziesz miał go z kim zostawić. Trzymam kciuki i pokładam w Tobie wiarę, że mądrze wychowasz mojego BOSTONA.  Z miłością, troską i opieką. Moje słowa są wypowiedziane w imieniu tych oto poniżej. Daj swojemu psu życie pełne przygód, szczęśliwe, radosne obfite w doświadczenia. Zabieraj na wakacje i nie zapominaj o nim w gorączce świątecznych przygotowań i spotkań rodzinnych. Bo ono będzie o Tobie myśleć zawsze jak o swoim przewodniku i przyjacielu. Bo jego serce jest lojalne a dusza Tobie będzie oddana aż do końca jego dni. To jest moja wielka prośba jako hodowcy czującego odpowiedzialność za przekazanego Tobie przyjaciela-cząstkę mojej duszy i mojego życia. Bądź wyrozumiały kiedy zdarzy się mu wpadka, wybaczaj i traktuj jak członka swojej rodziny. Stworzyłam Go właśnie dla Ciebie i dla mnie jako jego przyszły właściciel stajesz się wyjątkowym człowiekiem.

2 thoughts on “Witaj przygodo

  1. Super☺te szczeniaki nie mogą trafić do głupców, tylko ludzi o wielkich sercach i kochających psy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *